środa, 19 listopada 2014

Z małej chmury duży deszcz

Piszę ten post po dniach pełnych zmagań, rozwiązywaniu problemów i dużej ilości nieprzespanych w nocy godzin. Drogi czytelniku, chcę się z Tobą podzielić bardzo bolesną lekcją, którą dostałam od życia, żebyś nie popełnili tego błędu.

Jak już pisałam we wcześniejszym poście, przygarnęłam pod swój dach Fionę. Sunie mieszańca wyżła i dalmatyńczyka. Została mi oddana z zaleceniem czyszczenia uszu, tłuszczakami po bokach ciała i cieczką, która rzekomo miała się skończyć za 2-3 dni. Książeczki do ręki nie dostałam, zostało mi powiedziane, że otrzymam ją na dniach. Moim błędem było, że zgodziłam się przyjąć psa bez sprawdzenia wszystkich tych informacji, bo tak bardzo go chciałam. 
Uważałam, że źródło jest wiarygodne i można mu zaufać. Bardziej nie mogłam się pomylić. Jak pamiętacie wtorek był wolny, w poniedziałek nie miałam czasu żeby się tym zając, ale w środę udałam się do weterynarza na przegląd Fiony. Uwierzcie mi, że nie spodziewałam się, że pies może mieć tyle rzeczy do wyleczenia. Wiedziałam, że będę musiała ją wysterylizować, ale nie sądziłam, że będzie mieć górne kły do wyrwania i trzy brodawki do wycięcia. Ok, to jeszcze mogłam przeżyć, ale było tego więcej. Okazało się, że Fiona ma zaćmę, co akurat przypuszczałam. Zdziwiło mnie jednak to, że sunia w tym roku miała szczeniaki, miała jeszcze mleko w sutku. Myślicie, że to koniec? Nic bardziej mylnego... Przejdźmy do ucha, które miałam czyścić. W uchu był krwiak, który pojawił się tam dlatego, że Fiona uderzała głową w podłogę czy ściany żeby uśmierzyć ból. Wisienką na torcie było natomiast podejrzenie cukrzycy u psa. W środę popołudniu dostałam książeczkę zdrowia suni, nówkę- nieśmiganą, i dowiedziałam się, że Fiona nie należy do żadnej z fundacji.  Jak się domyślacie, środa nie należała do moich dni... Jak się później okazało, nie tylko ona....
Czwartek jakoś minął, piątek też. Przez ten czas cieczka nie ustała, a to przecież już 5 dzień od adopcji. Czekaliśmy jednak dalej, psa przecież nie oddamy. W sobotę zdecydowaliśmy udać się do Schroniska do Weta, ponieważ umowa, którą podpisałam z opiekunką była między mną u Schronem. Ręce mi opadły jak się okazało, że mój dowód posiadania Fionki jest nieważny, ponieważ owa dziewczyna podszyła się pod Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt. Od Pań usłyszałam, że powinnam zgłosić to na policję, a one złożą zeznania. Pytanie: Czy to nie One powinny to zgłosić? To pod Schronisko przecież się podszyto?! Nie był to jednak mój problem, trzeba było zrobić coś z leczeniem Fiony. 
W sobotę po powrocie zaczął się istny horror, ponieważ Nitro poczuł zew natury. Wyobraźcie sobie, że pies piszczy wam 24 godziny na dobę, lamentuje tak, że już niemal płaczesz. Psy były rozdzielone na dwa pokoje, co jednak nie pomogło, a z dnia na dzień było coraz gorzej. Ciszę i spokój psy odnajdywały na osobnych spacerach, trzy razy dziennie, każdy spacer po 40 minut i dłużej na każdego psa. Po takim wychodzeniu wracasz do domu i znowu słyszysz piski. W nocy z poniedziałku na wtorek Nitro zaczął mi się dusić, przestawał oddychać przez sen, musiałam cały czas czuwać koło niego i wtedy podjęłam decyzję. Cieczka, która rzekomo miała trwać 2-3 dni trwać będzie teoretycznie do niedzieli. Piszę to z ciężkim sercem, Fiona we wtorek rano została oddana. 

Jak można nazywać siebie DT skoro pies nie należy do żadnej fundacji, nikt nad nim nie czuwa? Jak można nie było iść do weterynarza przez 3 miesiące? Najlepsze... jak oddawałam Fione, to usłyszałam, że powinnam zadzwonić do właściciela psa z tymi problemami zdrowotnymi. Czytelniku uważaj na osoby, które kochają psy i chcąc im pomóc szkodzą im i Wam. Swoimi problemami obarczają innych. Oprócz tych, które opisałam był jeszcze jeden. Fiona została mi oddana w niedziele z cieczką, z argumentacją, że do domu przyjeżdża kolejny pies (jeden, niekastrowany samiec, w tym wspaniałym, udawanym DT już był). Ów pies oczywiście nie przyjechał, za to czworonogi domownik miał ciszę i spokój, tak i jego opiekunka... Pozostawiam to bez komentarza.

Najgorsze jest to, że Fiona jest wspaniałym psem. Niesamowicie szybko się uczy. W tydzień jej repertuar komend wzrósł dwukrotnie. Nauczyła się chodzić na luźnej smyczy, przychodzić na komendę, wiedziała, że jak idziemy to ma przestać wąchać. Nitro jest nauczony, że przed wyjściem i wejściem ma usiąść przed drzwiami, to samo jest gdy ubieramy lub ściągamy obroże, tego również nauczyła się Fiona. Wiedziała kiedy siadać, nie miała problemów z psami, nie wdawała się w bójki, dwa razy została zaatakowana. Jest upartym dalmatyńczykiem, ale inteligentnym i wie jakie zachowanie zagwarantuje jej nagrodę, a jakie nie. 

Nie myślcie, że zrezygnowaliśmy z Fiony, o nie! Chcemy ją zabrać do siebie, ale pod dwoma warunkami, które powinny zostać od razu spełnione:

1. Umowa ma być ważna w świetle prawa.
2. Fiona ma być zdrowa. 

O naszych warunkach poinformowaliśmy jej opiekunkę. W piątek dowiemy się na czym stoimy.
Trzymaj kciuki żeby Fiona do nas wróciła zdrowa i została na stałe. 

pzdr
O&N


6 komentarzy:

  1. Też zwykle miałam problemy z psami z fundacji, raz pani przyjechała na wizytę przedadopcyjną dot.psa husky, zajęła mi cały dzień, po czym uznała, że skoro mialam labladora i bordera to ona mi "mojego" husky nie odda, bo nie znam się na wychowaniu psów. A z "moim" huskym widziałam się już z trzy razy, miałam umowę, byłam przekonana, że biorę go ze sobą.
    Innym razem dostałam bordera z fundacji, podobno znalezionego w lesie, po trzech latach od znalezienia mu wspaniałego domu odezwała się fundacja, że poprzedni właściciel żąda kontaktu do mnie i nowych właścicieli, bo ja bezprawnie zabrałam mu psa.
    Jeszcze innym razem moja koleżanka wzięła dwie suki husky- obydwie po operacjach, których nie ma w książeczce, a musiały być zrobione podczas pobytu w fundacji i nie wiadomo co to było, oraz na lekach maskujących chorą wątrobę. Oczywiście nikt w fundacji nic tym nie wie.
    Ludzie są dupkami :p

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzialność i brak wyobraźni to dla wielu ludzi pojęcia względne jak widać !
    Fiona jest super, trzymamy kciuki za jej zdrowie i powrót w dobre ręce :).

    Pozdro

    Bartek & Reagan

    OdpowiedzUsuń
  3. Przykra historia, niestety takie rzeczy się dzieją :(. I jak to trzeba uważać..a ta opiekunka tak bez problemu przyjęła ją z powrotem?
    Trzymam kciuki za Fionę, może wszystko się uda i znów będzie z Tobą, zdrowa.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo mnie martwi, że ostatnio kiedy słyszę o fundacjach zajmujących się pomocą zwierzętom są to wyłącznie bardzo negatywne opinie, między innymi historie takie jak Twoja. Strasznie to przykre, szczególnie wziąwszy pod uwagę fakt, jak trudno jest w wielu fundacjach zostań uznanym za odpowiedniego "rodzica adopcyjnego".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. D. Fiona, jak się później okazało, nie należy do żadnej fundacji. Właściciel przywiózł ją do Wrocławia i zostawił w wymyślonym domu tymczasowym.
      Pisząc post nie chciałam żeby opinia jakiejkolwiek fundacji na tym ucierpiała, przestrzegam jednak przed zbyt szybkim wzięciem psa do domu.

      Usuń
  5. Nie rozumiem, dlaczego ta historia jak na raziekończy się tak fatalnie. Naprwdę, by podszyć się pod fundacje i oddać psa, który ma wiele dość poważnych chorób (bo nie były to błahostki) trezba naprawdę być bez dusznym. Biedny Fionka. Mam nadzieję, że szybko do ciebie wróci!

    H&F

    OdpowiedzUsuń